Wiola i Arek

 

[ Sia, Breathe me]

To było jedno z moich największych zaskoczeń.

Miałam robić zdjęcia na uroczystości rodzinnej. Luzik 🙂

A potem dowiedziałam się o planowanej niespodziance dla gości. I zmartwiałam. Przyznam się teraz, że grałam dobrą minę do gry, która mnie mocno szarpała wewnętrznie. Niespodzianką był bowiem… ślub. Obaw miałam mnóstwo. Przede wszystkim: co chwytać – rozgrywającą się ceremonię czy zaskoczenie gości (dwie różne strony, jakby nie patrzeć). Po drugie – jak utrzymać niespodziankę w tajemnicy – niby akurat nie moja sprawa, ale chcąc złapać TAKI moment, musiało mi zależeć, by wszystko przebiegało zgodnie z planem i – przede wszystkim, by znajdować się tam, gdzie się coś akurat dzieje. A obszar toczących się wydarzeń był dość rozległy. Miejsce składania przysięgi (plener) było od miejsca imprezy zasłonięte płotem i roślinnością. Biegać trzeba było naokoło 🙂 Pogoda – niby ładna, ale do końca nie było wiadomo, czy nie będzie padało. Z Wiolą i Arkiem mieliśmy kontakt tylko mailowy i telefoniczny, czyli byliśmy dla siebie nawzajem sporą niewiadomą…

Wiem, że ten mój stres, przy tym, co przeżywali przyszli państwo młodzi to naprawdę nawet lekkim nerwem nie był, ale mi to naprawdę wystarczyło…

A potem pojechałam na miejsce. Zobaczyłam zachwycający, wiejski, prosty krajobraz, w który wtulone zostały stare wiejskie domy i zabudowania gospodarcze, mimo osadzenia ich w nowym miejscu, robiące wrażenie, jakby tkwiły tam od zawsze. Poznałam Wiolę i Arka. I napięcie zeszło. Z takimi ludźmi, w takim miejscu, nawet tąpnięcie misternego planu chyba nie byłoby straszne. Coś dałoby się uratować.

Szczęściem nie nawaliło nic – przynajmniej ja o tym nic nie wiem 🙂