Barcelona

Osobiście dzisiaj będzie. I bez muzyki. Za dużo gadam a i Barcelona obroni się sama 🙂

Nie wszyscy zaglądający tutaj wiedzą, że mamy z mężem czworo dzieci.

Uwierzcie, to całkiem fajne 🙂

Część z nich uczy się w domu, w ramach edukacji domowej – czasu wspólnie spędzanego więc, siłą rzeczy, jest sporo. Wszystko mamy w większej dawce: radość i kłótnie, przytulanie i hałas, liczba osób w łóżku (czasami) i fochy, pomocne dłonie (jakoś rzadko 🙂 ) i ręce rozsiewające rzeczy po domu…

Czasem potrzebuję oderwania, ciszy (tej akurat w nadmiarze nie posiadamy, ale w chwilach kryzysowych ratuję się myślą, że jeszcze za tym rozgardiaszem będę tęskniła. Do bólu.). Przez kilka lat żyliśmy z dziećmi niemal w symbiozie. Albo byłam w ciąży, albo karmiłam – wszystkie wyjazdy odbywały się wspólnie, wszystkie przeżycia nas łączyły. Piękne to było.

Aż przyszło Nowe. Na pewno bym tego Nowego tak nie ceniła gdyby nie fakt, że przez wiele lat, mieć go nie mogłam – otóż, dzięki naszym rodzicom – najlepszym dziadkom na świecie – poczyniliśmy dwa lata temu krok milowy – wyjechaliśmy z mężem na weekend. Taka skondensowana randka zamiast tych dziesiątek małych, które się, z uwagi na trudności logistyczne do tej pory nie mogły odbywać. Polecieliśmy do Rzymu… i zachwyciliśmy się tą możliwością. Czas spędzony wspólnie, przechodzone kilometry (a piechurami jesteśmy niezłymi), leniwe przysiadanie na schodkach, brak konieczności zatrzymywania się przy każdym sklepie z zabawkami, nieustannego tłumaczenia, dlaczego nie kupimy lodów… ech, co będę tłumaczyła, większość z Was to zna. Ten moment złapania oddechu, skupieniu się na mężu bez lustrowania nieustannie przestrzeni i przeliczania, czy ktoś się gdzieś nie zgubił/nie wpadł pod samochód/nie został porwany/nie został przy stoisku………. czas był cudowny i taki NASZ.

Padło postanowienie – kultywujemy ten zwyczaj – dla nas, dla naszego małżeństwa, dla przyjemności, jaką daje nam odkrywanie siebie na nowo w tak pięknych okolicznościach.

No i dlatego na końcu września znaleźliśmy się w Barcelonie 😀

Ja z obawami, bo gdzieś w okolicach sierpnia zdałam sobie sprawę, że mamy wykupione miejsca noclegowe i bilety akurat na czas referendum w/s niepodległości Katalonii. Uznanego przez rząd hiszpański za nielegalne. Przewidywano zamieszki. W Barcelonie.

Polecieliśmy. Miasto było pełne turystów. Ale jakieś takie… skupione. Ciche. Zaskakiwał widok uzbrojonych mundurowych stojących w newralgicznych miejscach. Oplakatowane niemal wszystkie ściany. Oczywiście mieszkaliśmy w centrum. Autobus, który miał nas wieźć na powrotny samolot odjeżdżał –  a jakże – z kultowego dla Katalończyków placu. Dokładnie w dniu referendum. Nieswojo się czułam, przyznam.

Trafiliśmy, oczywiście, na demonstracje. Ba, w dodatku sama męża ciągnęłam, by je zobaczyć – naocznie zobaczywszy sposób hiszpańskich protestów poczułam się nieco uspokojona. Obok siebie bowiem chodziły osoby z zawieszonymi na plecach flagami: katalońskimi i hiszpańskimi. Totalnie się nawzajem ignorując. Żadnych wyzwisk, żadnych przepychanek. Największy protest, na jaki trafiliśmy polegał na zastawieniu kilkuset traktorami dwóch ulic – nawet nie głównych, tylko takich, przy których znajdowały się newralgiczne budynki – typu: siedziba policji. Traktory stały, ludzie stali, albo chodzili, przyjechała telewizja, tłumy turystów łaziły wokół z komórkami (my też, muszę przyznać, ale tylko trochę). Trochę nudne to było, więc poszliśmy jednak do Casa Mila, kilka przecznic dalej. Ale jedna z form protestu przyznam, robiła wrażenie. Tego samego dnia późnym wieczorem poszliśmy z mężem na Stare Miasto. Było już ciemno, wąskie uliczki pustoszały i nagle doleciał do nas dźwięk. jakby dzwonek krowi…? Przyznam, że nas zaintrygował, ruszyliśmy by go namierzyć, ale okazało się to trudne. Weszliśmy w uliczkę, przy której wszystkie domy był w remoncie – obwieszone zasłonami. Dźwięk dobiegał z góry. Ale z której strony? Z obu?! Z kilku miejsc?! Trochę to było niesamowite – ta ciemna bezludna uliczka i dolatujący znikąd dźwięk. Poszliśmy nią kawałek dalej – wyprowadziła nas na jedną z głównych arterii. I tu się tajemnica wyjaśniła. Na ulicy bowiem, na przejściu dla pieszych, na kilku balkonach stało kilkanaście osób i waliło w garnki. Wyszliśmy akurat niedaleko rzeczonego budynku policji – to w nią wymierzona była kuchenna demonstracja. Trwało to 10 minut. I nagle się skończyło.

Oczywiście te kilka dni nie lataliśmy polując tylko na przejawy separatyzmu Katalończyków. Zrobiliśmy naprawdę sporą ilość kilometrów po Barcelonie. Nasza technika zwiedzania polega na przemieszczaniu się (pieszo) po punktach turystycznych, ale korzystając z całkiem nieoczywistych tras. I to uwielbiam w chodzeniu – żaden autobus mnie nie wiezie po wyznaczonych ulicach 🙂

O rany, ileż gadania… teraz oglądajcie 🙂

Najbardziej moje miejsce w Barcelonie: kościół Santa Maria del Mar. Dla niego samego jestem gotowa tam wrócić. I przesiedzieć w ławce cały pobyt 🙂

Widzicie polski banknot?

Protest traktorowy.

Zapomniałam wcześniej wspomnieć – nocny, protestacyjny koncert, na który trafiliśmy chcąc po latach zobaczyć ponownie tańczące fontanny. Nie zobaczyliśmy. Za to posłuchaliśmy katalońskiej wersji „Murów” Kaczmarskiego.

Z tego okablowania Barcelona ponoć słynie…